Zosia"Miałam aborcję"
Wie o tym tylko jedna osoba, ktora wspierała mnie na odległość.. Gdy opowiedziałam tej osobie o mojej sytuacji rodzinnej automatycznie mnie poparła i bardzo pomogła... Poza nią nikt nie wie.. Bardzo się bałam ingerować w swój organizm, ale zrobiłam to. Po pierwszej tabletce nie działo się kompletnie nic. Zasnęłam spokojnie, w ciągu dnia nic. Pod wieczór poplamiłam, już wiedziałam że coś się zaczyna. Bałam sie strasznie wziąść kolejne, ale sytuacja emocjonalna mnie zdopingowała. Wzięłam. Siedziałam i czekałam. Wisiałam na telefonie z moją zaufaną osobą. Zaczęłam krwawić. Świeża krew. Czyli już na pewno. Po pół godziny poszłam do toalety i wyleciały ze mnie ze dwa litry. Uczucie okropne. Wielkie skrzepy. Czułam jak wypadają. I ciągle leciało ciągle. Wszędzie mnóstwo krwi. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Udało mi się wstać z toalety na 15 minut i z powrotem i jeszcze więcej krwi i skrzepów. Byłam przerażona. I kolejna wizyta w toalecie i to samo. Tak cztery razy. Czułam się dobrze nic nie bolało tylko ta krew wszędzie... Po ok 2 godzinach zaalarmowałam matkę. Po kolejnej godzinie takiego krwawienia pojechałam do szpitala. Łyżeczkowanie - podobno już prawie nie było co łyżeczkować. Zero bólu, zero mdlości nic tylko krew... i strach... Wszystko zaczęlo się pięknie on uczynny miły czuły.. Bez grosza ale to nic, ja mam pieniądze. Potem ciąża... Strasznie się cieszyłam.. Ale.. Gdy dowiedział się że jestem w ciąży usłyszałam od niego : teraz już mi nie uciekniesz.. i zaczął się koszmar.. Ciągle pił rano z piwem w południe z piwem a mi spod mebli kiedy sprzątałam kulały się butelki od wódki. Zaczęłam znajdować buteleczki takie małpki od wódki w jego kurtce /przez przypadek chciałam ją tylko powiesić na wieszak/.. Od razu zaczęłam go upominać więc zaczął bić... On pił i bił a moi rodzice organizowali ślub "bo co sąsiedzi powiedzą" i udawali że nic nie widzą mówili że on się zmieni... Więc zrobiłam to.. Zrobiłam to tylko dlatego że w ósmym tygodniu nie było jeszcze bicia serduszka dziecka /podejrzenie pustego jaja płodowego/ powiedziałam sobie że jak usłyszę serduszko to ucieknę z dzieckiem do przyjaciół... Ale serduszko nie pikało... Pewnego wieczoru pobił mnie bardzo a moja matka jeszcze na mnie nakrzyczała że sie z nim kłócę a on chce sie zmienić - po tym zjadłam pierwszą tabletkę i powiedziałam KONIEC... Pierwsze dni były normalne bo walczyłam jeszcze z nim i rodzicami.. W końcu udało mi sie go wyrzucić.. I wtedy przyszły formalności, ponieważ byłam w szpitalu i stwierdzono poronienie w toku.. Przy wypisie musiałam wybrać płeć dziecka - pielęgniarka wybrała chłopiec /ja nie byłam w stanie/, dalej ubezpieczenie musiałam wybrać imię koszmar... Potem mówienie siostrze że poroniłam - łzy /nie wiem dlaczego/.. Potem było lepiej.. Dopiero jak spadł śnieg pomyślałam że moje dziecko nigdy nie ulepi bałwanka /łzy przez tydzień chyba od rana do nocy/ pretensje do siebie... Teraz jest lepiej... Dzisiaj pomyślałam sobie że byłby czwarty miesiąc i już może rósł by mi brzuszek... Ale BĘDZIE DOBRZE!!! Lekarze znaleźli u mnie w ubiegłym tygodniu 7 guzów w piersiach i jeden w tarczycy oraz trzy powiększone węzły chłonne... Myślę że niedługo dosięgnie mnie "palec Boży" i dobrze... ale NIE ŻAŁUJĘ bo nie dałabym temu dziecku normalnego życia... mam nadzieję że mi wybaczy kiedyś... |