Reakcja innych mało mnie wtedy obchodziła. Na aborcję poszłam z podniesioną głową. Musiałam to zrobić i już. Mój chłopak - teraz mąż - szalał. Dowiedział się jednak już po. Mógł się jednak domyślać, że to zrobię i nic nie pomógł. Jednak tak naprawdę dopiero po mojej aborcji realnie mnie pokochał i w końcu - po 11 latach! - wzięliśmy ślub. To był punkt zwrotny.
Po aborcji poczułam sie silna. Zrobiłem TO. I już. TO jest normalne. Po aborcji stałam sie prawdziwa kobietą. Mój mąż dopiero po aborcji zrozumiał coś więcej. Dziewczyny, nie bójcie się. To nie jest wycięcie migdałków, ale z tym da się żyć. To jest doświadczenie większści kobiet na świecie. Żadnych głupich wyrzutów sumienia. Jeśli się kochasz z MĘŻCZYZNĄ, ZAWSZE MOŻESZ ZAJŚC W CIĄŻĘ. A kochać się z mężczyzną - bez tego nie sie żyć. Więc aborcja musi zawsze byc dla nas jakims wyjściem awaryjnym. Musi - i już. Nawet wbrew Giertychowi i Radiu Maryja...
Ciąża nie zawsze cieszy także Twojego mężczyznę, nawet męża. Mój mąż, gdy urodziałam mu/nam bliźniaki, wcale nie szalał z radości. My, kobiety, chcemy normalnie rodzić. Mężczyźni chcą "mieć seks". To jest różnica. Brutalna. Gdy urodziałam bliźniaki mój "wspanaiły mąż", zawsze znajdował jakiś powód, by uciec z domu. To jest w genach: my chcemy mieć śliczne dzieci, a mężczyźni chca mieć wytrysk...
Jeśli juz kochasz się z mężczyzną i nie chcesz mieć dziecka, robisz aborcję. Wtedy uznaj sama, że nie jest to nic nadzwyczajnego. Inaczej można oszaleć. TO jest COŚ, do czego, jako człowiek, masz prawo. Nie jest to nic miłego. Ale nie warto się za długo tym dręczyć. Ten świat jest taki. I musimy w nim jakoś żyć.
Bolało - i psychicznie, i fizycznie. Ale przeszłam i to. I nie żałuję.
Czułam, że jestem na cienkim, kruchym lodzie. Nie mogłam urodzić tego dziecka. Odpowiedzialność. Ale i mój egoizm - nie ukrywajmy. Robiłam to jednak z podniesionym czołem. To była trudna decyzja...
Mamy prawo do aborcji. Penalizowanie jej to tylko pogłębienie i tak ciężkiego, traumatycznego przeżycia. Upolitycznianie tego tematu to idiotyzm, a nie pomoc dla nas. Z drugiej strony: aborcja to nie usunięcie migdałków! To JEST zło, moralne zło. Ale aborcja to też fizyczny i psychiczny ból. Nikt z nas nie chce mieć aborcji. Myślę, że nie trzeba pogłębiać tego bólu przez polityczne i społeczne napiętnowanie, przedłużać i potęgować konfliktu wewnętrznego przez dogmatyczne oceny.
Po aborcji nauczyłam się bardziej wierzyć sobie i nie oceniać tak łatwo jak wcześniej innych. Jestem silniejsza. Pół roku po aborcji znów byłam w ciąży - do tego w podwójnej. Na pytanie lekarza po USG "co robimy z tą ciążą?", świadomie odpowiedziałam: "chcę rodzić". I tak sie stało. Problemem nie jest tylko sama aborcja, ale również, a może przede wszystkim to, co później z Tobą będzie. Im większy konflit wewnętrzny - zwłaszcza na tle religijnym - no i konflikt z "prawem", tym to przeżycie trwa dłużej i trudniej z niego wyjść. Po aborcji pryskają złudzenia...