PatrycjaDokonałam aborcji (farmakologicznej). Dokonałam świadomego i pewnego wyboru.
Partner rozumiał moje uczucia, pomógł mi zdobyć leki, wspierał mnie. Podzieliłam się też informacją z koleżanką, mieszkającą daleko ode mnie. Wspierała mnie telefonicznie, rozumiała mój wybór. Przebieg aborcji był dla mnie straszny. Ból czułam okropny, wymioty, biegunka też okropnie mnie wymęczyły. Ale minęło. Trafiłam też do szpitala, ale to już nie wiązało się z bólem, byłam spokojna, że ktoś zajmie się mną fachowo (oczywiście informowałam, że było to poronienie samoistne). Mam już jedno dziecko. Kocham je, staram się być jak najlepszą mamą, ale jestem nieszczęśliwa z tego powodu, iż musiałam przyjąć rolę matki. Nie chciałam mieć dzieci. W przypadku pierwszej ciąży rozważałam aborcje, ale z drugiej strony miałam tyle wątpliwości. Teraz już wiem, co to znaczy być w ciąży, urodzić, mieć niemowle - nie mam ochoty przechodzić tego znowu (przynajmniej w najbliższym czasie). Nie miałam wątpliwości. Nie traktuję sytuacji tak, jakbym zabiła dziecko, wbrew tego typu nagonce w Polsce. Początkowo czułam ulgę. Póżniej, dosłownie przez chwilę pojawił się smutek, ale sądzę, iż była to sprawa hormonów (po urodzeniu pierwszego dziecka ogarniały mnie także takie uczucia, dlatego myślę, iż to hormony). Z kolei z czasem pojawiło się dziwne uczucie satysfakcji tego rodzaju, że w tym pseudokatolickim kraju zrobiłam coś takiego, tak, jakbym zagrała tym wszystkim "prawym" ludziom na nosie. |